37 dywizjon artylerii OPK Glicko k. Nowogardu
1981-1985.
SPIS TREŚCI
- Nowa jednostka wojskowa, nowe obowiązki i nowe miasto.
- Służba na straży granic powietrznych.
- Strzelania bojowe na poligonie w Aszułuku,
- Specjalność 37 da OPK – manewr zestawu rakietowego.
- Stan wojenny.
- Inspekcja Sił Zbrojnych.
- Czas spokojnej służby.
Kalendarium, struktura i stan osobowy 37. da OPK.
Dane taktyczno – techniczne PZR S-75 Wołchow.
1. Nowa jednostka wojskowa, nowe obowiązki i nowe miasto.
Zgodnie z rozkazem pf 12 z dnia 14.04.1981 dowódcy 26 BR OP, obejmuje stanowisko szefa sztabu w 37 da OPK. Dywizjon artylerii stacjonował nie opodal wioski Glicko. Kadra zawodowa mieszkała w miejscowości Nowogard, położonym nad Jeziorem Nowogardzkim, na Równinie Nowogardzkiej. Nowogard leży 60 km na północny-wschód od Szczecina i 55 km na południe od wybrzeża Bałtyku przy ważnej trasie komunikacyjnej Szczecin – Koszalin – Gdańsk (droga krajowa nr 6). Miasto i gmina Nowogard zajmuje obszar 338,7 km2 i liczy ponad 25 tysięcy mieszkańców. W samym Nowogardzie mieszka około 17,2 tysiąca osób (1998r.).
Nowogard to stary słowiański gród i ośrodek handlowy. Założony i rozbudowywany przez książąt szczecińskich. Od XIII w. własność biskupów kamieńskich. Prawa miejskie w 1309. W 1684 przyłączony do Brandenburgii, od 1701 w granicach Prus. W XIX w. znaczący ośrodek przemysłowy, przetwórstwo płodów rolnych, młyny, tartaki, browar. Silnie zniszczony wskutek działań ostatniej wojny, od 1945 w granicach Polski.
Przemysł metalowy, skórzany, spożywczy. Ośrodek turystyczny, kąpielisko.
Jak podają dostępne źródła, 37 dywizjon artylerii OPK powstał w ramach realizacji Zarządzenia 0146 Dowódcy WOPK z dnia 13.12.1967 roku razem z 36, 38 i 39 da OPK. Na początku 1968 roku, grupa oficerów, chorążych i podoficerów została skierowana do Centrum Szkolenia Specjalistów Artylerii Rakietowej i Radiotechniki WOPK w Bemowie Piskim. Tam została przeszkolona do obsługi przeciwlotniczego zestawu rakietowego średniego zasięgu S-75M „Wołchow”. Pierwsze strzelania bojowe na poligonie w Aszułuku odbył dywizjon w lipcu 1969 roku. Dywizjonem dowodził kpt. Franciszek BUJALSKI. Podczas strzelań pojawiły się problemy techniczne z kabiną PW, w wyniku czego, powstały duże błędy w naprowadzaniu rakiety. Wynik strzelań, ocena dobra.
Stanowiska ogniowe dywizjonu i część koszarowa, były budowane od podstaw wg identycznego projektu jak w 36, 38 i 39 da OPK. Termin zakończenia prac budowlanych rozminął się jednak z harmonogramem dostaw sprzętu bojowego. Przyczyną były zmieniany w projekcie budowlanym stanowisk bojowych. W ostatniej chwili do projektu dodano pozycje bojowe dla baterii technicznej. W strukturze organizacyjnej 26 BA OPK nie przewidywano istnienia dywizjonu technicznego. Z doświadczeń wynikało, że dywizjon techniczny nie gwarantował sprawnego zabezpieczenia dywizjonów ogniowych w rakiety podczas dynamiki działań bojowych. W wyniku przedłużających się prac budowlanych, w 1968 roku powstał problem, gdzie rozwinąć zestaw rakietowy. Ostatecznie wybrano teren lotniska w Płotach.
37 da OPK miał trochę inną strukturę organizacyjną w porównaniu z 38 da OPK. Dodatkowo w baterii technicznej był pluton RSKP (Ruchoma Stacja Kontrolno-Pomiarowa rakiet W-755). RSKP obsługiwała, między innymi, także 38, 40, 42 i 43 da OPK. Druga stacja RSKP była w 36 da OPK i dodatkowo obsługiwała 39 da OPK. W dywizjonie była także grupa kadry obsługującej imitator celów powietrznych AKKORD. Imitator mieścił się na jednej kabinie obsługiwanej przez ciągnik Kraz-255. Imitator pozwalał na kompleksowe szkolenie grupy bojowej dywizjonu i plutonu RSWP podczas zwalczania nalotów przeciwnika powietrznego.
AKKORD w 37 da OP, obsługiwał także 40, 42 i 43 da OP. Drugi imitator AKKORD stacjonował w 36 da OP i obsługiwał 38 i 39 da OP. Etatowo sprzęt i obsługa należała do sztabu 26 BA OPK.
Próby odtworzenia składu osobowego dywizjonu są dziś trudne. Według informacji uzyskanych od oficerów służących niegdyś w dywizjonie, skład dowództwa dywizjonu od początku jego istnienia był następujący (tabela nie zawiera nazwisk pełniących obowiązki w 1981 roku, gdy przyjąłem stanowisko szefa sztabu):
| Stanowisko | Stopień, imię, nazwisko i uwagi o dalszym pełnieniu służby |
| Dowódca dywizjonu | mjr Stanisław ZYGOŃ – od listopada 1967 do 1969 roku, dalej 26 BA OPK na PłSD i WKU Gryfice<br>kpt. Franciszek BUJALSKI – od 1969 do 1972, dalej dowódca da w 4 BA<br>mjr Władysław HORNIK – od 1972 do 1976, dalej szef sztabu CSD WOPK<br>mjr Zbigniew STERNAL – od 1976 do 1979, będąc dowódcą 37 dywizjonu, odszedł do rezerwy,<br>kpt. Zygmunta KUNKEL – od 1979 do 09.1979 i WKDO w CSSAiR<br>cz.p.o. mjr Lesław ADAMCZYK – od 09.1979 do 03.1980. |
| Szef sztabu | por. Józef KOCHANOWSKI – od 1967 do 1973, dalej kierownik cyklu WSO w Jeleniej Górze – dr nauk wojskowych.<br>mjr Ryszard WIECZOREK – od 1973 do 1977, dalej sztab 26 BA OPK i WSO Koszalin.<br>mjr Lesław Adamczyk – od 1977 do 1981, dalej WKU Bochnia |
| Zastępca ds. technicznych | kpt. Ryszard PAWULSKI – od 1967 do 1971, dalej Sztab 2 KOP – SUiE<br>kpt. Henryk GRUCHAŁA – od 1971 do 1978, dalej WAT – profesor, Kierownik Katedry Mikrofal. |
| Zastępca ds. politycznych | kpt. Eugeniusz Walczuk – od 1967 do 1970<br>kpt. Edward BARAN – od 1970 do 1970<br>mjr Jan ŻAK – od 1970 do 1974<br>cz.p.o. kpt. Lesław ADAMCZYK – od 1974 do 1977<br>kpt. Kazimierz CZAPLIŃSKI – od 1977 do 1978, dalej kierownik Klubu Garnizonowego WLOP, sztab 2 KOP<br>por. Zbigniew KUŚMIEREK – od 1978 do 1981, dalej sztab 2 KOP, WSO Jelenia Góra uzyskał doktorat. |
| Kwatermistrz | mjr KUCHARSKI – od 1967 do 1974, dalej Koszalin<br>mjr Tadeusz GREGORCZYK – od 1974 do 1978 i odszedł do rezerwy. |
Kwietniowego poranka 1981 roku udałem się do Nowogardu. Kadra zbierała się rano obok bloku mieszkalnego kadry na ulicy 700-lecia. W jednej z kawalerek zamienionej na pomieszczenie służbowe, przebywali łącznicy i kierowca autobusu. Stanowili oni element systemu powiadamiania na wypadek wprowadzania wyższych stanów gotowości bojowej. Sytuację taką wymuszał kiepski system telekomunikacji w mieście i okolicach. W owych czasach na telefony miejskie czekało się wiele lat.
Z Nowogardu do dywizjonu wyjeżdżało się w kierunku na Płoty, zaraz za miastem skręcało się w lewo i kierowało na wieś Miętno i dalej na Glicko. Za bramą wjazdową dywizjonu, po lewej stronie, był park samochodowy, a około 150 metrów dalej, kompleks koszarowo-sztabowy. Tak zwana strefa bojowa była oddalona około 50 metrów od obiektu koszarowo-sztabowego. W odróżnieniu od 38 da OPK, dywizjon położony był na płaskim terenie. Prowadzone od powstania dywizjonu zabiegi w zakresie maskowania dawały doskonałe efekty. Strefy bojowe maskowały drzewa i krzewy. Granice dywizjonu z zewnątrz demaskowały tylko wieże wartownicze, anteny P-18 i PRW-13.
W dywizjonie przywitał mnie ówczesny dowódca dywizjonu (od 1979 roku) mjr Zygmunt Kunkel. Przedstawił mnie na porannym „rozprowadzeniu” kadry i udaliśmy się na poranną odprawę dowództwa dywizjonu w składzie:
Zastępca ds. politycznych – kpt. Mirosław Kaliczyński – od 1981 roku;
Zastępca ds. technicznych – mjr Edward Kornicki – od 1978 roku
Kwatermistrz – mjr Wiktor Schmidt – od 1981 roku
Zdający obowiązki szefa sztabu – mjr Lesław Adamczyk – od 1977 do 1981.
Sekretarz POP – kpt. Władysław Mucha
Mjr Lesław Adamczyk oczekiwał na rozkaz wyznaczenia na stanowisko w Wojskowej Komendzie Uzupełnień w Bochni. Przy kawie, mjr Zygmunt Kunkiel wprowadził mnie w bieżące problemy dywizjonu. Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja była klarowna, główne zadnie roku, wykonanie strzelań bojowych na poligonie w Aszułuku. Dużo uwagi poświęcano zabezpieczeniu normalnego życia kadry w zakresie zaopatrzenia bytowego oraz sytuacji polityczno-społecznej w Polsce i nie tylko.
Szybko poznałem swoich współpracowników w sztabie dywizjonu. Byli to doświadczeni oficerowie i podoficerowie. Pomocnikiem szefa sztabu był kpt. Romuald Kurowski z kilkuletnią praktyką na zajmowanym stanowisku, z wieloletnim stażem służby kierownik kancelarii tajnej sierż. Tadeusz Wilkowski, rzutki w działaniu podoficer ewidencyjny sierż. Marian Tandecki, stateczny i flegmatyczny dowódca plutonu łączności kpt. Jerzy Kowalski, trudny do określenia na pierwszy rzut oka dowódca plutonu ochrony sierż. Mirosław Skorecki. Sprawami saperskimi i chemicznymi zajmował się rzutki w działaniu sierż. Bogdan Loch, wcześniej st. sierż. Andrzej Leszczyński, w grudniu 1984 roku odszedł do rezerwy. W sztabie pracowały także dwie pracownice cywilne, pani Stanisława Mróz – maszynistka i referent w kancelarii tajnej oraz pani Mirosława Soroczyńska zajmująca się wojskowymi dokumentami przewozowymi i edycją zatwierdzonych punktów do rozkazów dziennych dowódcy dywizjonu.
Podczas przyjmowania obowiązków od mjr Adamczyka zdziwiony byłem mnogością różnego rodzaju dokumentów. W kancelarii szefa sztabu stały dwa sejfy, każdy wielkości dwudrzwiowej szafy i tak zwany „ołtarzyk” zawierający podstawowe dokumenty mobilizacyjne. Jeden sejf zawierał wyłącznie dokumentację mobilizacyjną. Podczas przyjmowania dokumentacji mobilizacyjnej nie miałem możliwości weryfikowania zasadności przechowywania tylu dokumentów. Brałem wszystko jak leci. Podczas szkolenia na WKDO w CSS WR w Bemowie Piskim temat mobilizacji nie był ujęty w programie szkolenia. Dopiero w planie miałem zamiar „przekopać się” przez prawie 12 tomów instrukcji mobilizacyjnych.
Gdzieś po dwóch tygodniach, przybył do dywizjonu płk Stefan Bartczak, ówczesny szef sztabu 26 BA OPK i w jego obecności podpisaliśmy protokół przekazania obowiązków. Podczas zbiórki całego stanu osobowego, płk Stefan Bartczak oficjalnie przedstawił mnie jako nowego szefa sztabu. Tak to rozpoczął się mój kolejny etap służby przeciwlotnika.
Tymczasowo dostałem kwaterę zastępczą w bloku przy 700-lecia. Docelowo miałem zamieszkać w nowym bloku przy ulicy Wiejskiej. Kwaterę zwalniał kpt. Zbigniew Kuśmierek, były zastępca dowódcy dywizjonu ds. politycznych. Podjął pracę w sztabie 2 KOP, a później w WOSR im. Sylwestra Bartosika w Jeleniej Górze. Rodzinę planowałem sprowadzić do Nowogardu po zakończeniu roku szkolnego i tak ostatecznie się stało.
2. Służba na straży granic powietrznych.
Bieżące zadania realizowane przez sztab dywizjonu nie stwarzały mi problemów. Praca realizowana była w oparciu o „Roczny plan zamierzeń”, „Plan szkolenia kadry” i programy szkolenia żołnierzy służby zasadniczej. Praktycznie każda dziedzina działalności służbowej w wojsku jest określona w jakiś regulaminach lub wytycznych do działań w danej służbie.
Moim głównym problemem w początkowym okresie służby w 37 da OPK było uzyskanie jak najszybciej uprawnień do pełnienia dyżurów bojowych na stanowisku dowódcy grupy dyżurnej. W owym czasie, uprawnienia do pełnienia dyżurów na stanowisku dowódcy grupy dyżurnej miał dowódca dywizjonu i zastępca ds. technicznych. Pełnili dyżury co drugi dzień i z utęsknieniem czekali na trzeciego zmiennika. Poza tym, zbliżał się okres przygotowania do strzelań bojowych. Wypadało wystąpić na zajmowanym stanowisku z pełnymi uprawnieniami do pełnienia dyżurów bojowych.
W celu uzyskania dopuszczenia do pełnienia dyżurów bojowych, należało przejść procedury sprawdzające z wiadomości teoretycznych z zakresu budowy sprzętu rakietowego, taktyki Wojsk OPK, wiedzy o armiach obcych i rozpoznaniu, zasad pełnienia dyżurów bojowych, zasad ocen podczas działalności bojowej (tzw. „Szkoła ognia”). Sprawdzian z umiejętności praktycznych obejmował wykonanie na czas i dokładność kontroli funkcjonowania zestawu rakietowego oraz kierowanie pracą grupy dyżurnej podczas odpierania nalotu powietrznego, „podgrywanego” z imitatora „AKKORD”.
Egzaminy teoretyczne zdawało się u specjalistów sztabu 26 BA OPK, praktyczne na sprzęcie bojowym 37 da OPK. Podczas nauki kontroli funkcjonowania zestawu rakietowego bardzo pomógł mi mjr Edward Kornicki, a podczas „szlifowania” norm czasowych, oficer naprowadzania chor. Ignacy Marcinkiewicz. Dzięki temu, że „AKKORD” był na stałe podłączony do zestawu rakietowego, problemów z treningami pracy bojowej nie było. W treningach pracy bojowej wiele pomógł mi i nauczył ówczesny dowódca „AKKORDU” mjr Marian Walentynowicz.
Podkreślam, że w dotychczasowej służbie nie miałem możliwości uczestniczenia w pracy bojowej grupy bojowej, a wiedza o sprzęcie baterii radiotechnicznej była znikoma z okresu WAT i trochę pogłębiona podczas WKDO. Jak pokazało życie, człowiek jest wstanie nauczyć się wszystkiego. Pamiętam jak rozpisałem sobie czynności, oceny i komendy jakie mam do wykonania podczas kontroli funkcjonowania zestawu rakietowego. Wyszło mi tego około 100 pozycji. Miałem to wykonać w ciągu 4 minut, a przyzwoitość nakazywała wykonać procedury w czasie około 3 minut. Pierwszą kontrolę funkcjonowania wykonałem (z notatkami na kolanach) w ciągu około 40 minut. Pierwsze wrażenie było fatalne, ale inni wyrabiali się w normach ! Pozostawał trening, trening i jeszcze raz trening. Oczywiście na efekty treningu nie trzeba było długo czekać. Okazało się, że wiele czynności manualnych zaczynam wykonywać automatycznie i podświadomie. W końcu sukces ! Zmieściłem się w 4 minutach !
Treningi pracy bojowej posiadały coś z współczesnych gier komputerowych. Dowódca „AKKORDU” starał się zaplanować nalot na granicach możliwości manewrowych celów powietrznych i stosował wszelkie możliwe chwyty taktyczne w celu zmylenia dowódcy grupy co do faktycznych zamiarów przeciwnika powietrznego. Czasami jeden błąd w kolejności ostrzelania celów powodował lawinę sytuacji z których nie było już wyjścia i dalsza walka nie miała sensu. Jednym zdaniem, mjr Marian Walentynowicz dobrze kombinował i „umilał” nam życie. Jestem mu za to wdzięczny. Dużo się dzięki niemu nauczyłem. Wiedza ta niebawem miała się przydać w praktyce.
Po pomyślnym zdaniu egzaminów wkrótce zostałem dopuszczony do pełnienia dyżurów bojowych.
Doskonale pamiętam swój pierwszy dyżur bojowy. Przed przyjęciem zmiany dyżurnej, przeprowadziłem odprawę z grupą dyżurną. Po sprawdzeniu stanu przygotowania osób funkcyjnych do pełnienia dyżuru bojowego, zakończyłem odprawę zaprzysiężeniem. Po wydaniu komendy „Baczność !” i wygłosiłem sentencję: „Służba na straży granic powietrznych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej!”. Po zaprzysiężeniu, oficer naprowadzania chor. Ignacy Marcinkiewicz wykonywał kontrolę funkcjonowania zestawu rakietowego, uwag do stanu technicznego sprzętu nie było. Złożyłem meldunek o przyjęciu dyżuru na Połączone Stanowisko Dowodzenia (PłSD) 26 BA OPK.
W trakcie trwania dyżuru bojowego, dowódca grupy zwyczajowo sprawdzał gotowość sił dyżurnych minimum dwa razy na dobę, raz w dzień i raz w nocy. Czas na osiągnięcie gotowości numer 1 wynosił 6 minut. Czy było to dużo czasu ? Jeżeli uświadomię sobie, że dywizjony nadmorskie miały normę 4 minut na osiągnięcie gotowości bojowej nr 1, to było to dużo czasu. Norma 4 minut była możliwa do osiągnięcia po wprowadzeniu na uzbrojenie zmodernizowanych rakiet 20 DSU, które wymagały tylko 30 sekund na osiągnięcie gotowości do startu. Ponieważ z oczywistych powodów, zmodernizowanych rakiet było mniej, stosowano zasadę, że na wyrzutniach były dwie rakiety typu 20 DSU i cztery rakiety typu 20 DP z czasem osiągnięcia gotowości do startu 1 minuta i 30 sekund.
Byłem oczywiście przejęty nową rolą i starałem się wykonywać wszelkie procedury w nakazanym instrukcją pełnienia dyżurów bojowych porządku.
Podczas sprawdzenia gotowości bojowej około godziny 23:00, oficer naprowadzania zameldował o niesprawności w blokach UOW kabiny AW. Jeżeli przewidywany czas usunięcia niesprawności byłby większy niż 30 minut, należało ten fakt zgłosić na PłSD. Procedura przewidywała poderwanie kolejnego dywizjonu do dyżuru w przypadku gdy dywizjon dyżurny nie był wstanie usunąć uszkodzenia w ciągu jednej godziny. Po trzydziestu minutach mam meldunek oficera naprowadzania, że nie jest wstanie usunąć uszkodzenia. Zatelefonowałem do mjr Edwarda Kornickiego i przedstawiłem mu sytuacje. Jego sugestia była jednoznaczna, ogłaszamy gotowość dla całej kadry baterii radiotechnicznej i startowej. I tak się stało. Chor. Ignacy Marcinkiewicz o mało nie został przez kolegów z baterii zlinczowany. Usterka była banalna i przy dobrej woli oficer naprowadzania mógł ją sam usunąć. Jak się nieoficjalnie później dowiedziałem, chciał zbadać reakcję nowego szefa sztabu na taką sytuację. Nie przewidział tylko, że do pomocy ściągnę mu całą baterię. To pociągnięcie było czasami przypominane w kolejnych dyżurach bojowych. Awarie techniki w trakcie pełnienia dyżurów bojowych czasami się zdarzały. Oficerowie naprowadzania deklarowali jednak natychmiast, że usuną usterkę sami i nie ma potrzeby wzywania pomocy.
Tak naprawdę, to w tamtych czasach trwała ciągle „cicha wojna” między Wojskami Obrony Powietrznej a środkami napadu powietrznego wojsk NATO. Przykładem „cichej wojny” niech będzie kolejna historia która uświadomiła mi jakie miejsce w tych działaniach zajmowały siły dyżurne Wojsk Rakietowych OPK. Pełniłem kolejny dyżur bojowy. Było to po kolacji, wybrałem się na spacer po stanowiskach ogniowych baterii startowej. Była piękna pogoda, słońce tuż nad horyzontem. Było leniwie i cicho. Naglę tą sielską atmosferę przerwał ryk syreny alarmowej. Ktoś z poza dywizjonu ogłosił gotowość bojową nr 1. Nagle jak z pod ziemi pojawili się żołnierze grupy dyżurnej i biegiem zajmowali swoje stanowiska bojowe. Rozpoczął się wyścig z czasem. Dobiegłem na stanowisko dowodzenia w kabinie UW i zająłem miejsce przy wynośnym wskaźniku sytuacji powietrznej stacji P-18. Krótka wymiana informacji z oficerem naprowadzania, alarm został ogłoszony przez dowódcę PŁSD 26 BA OPK. Co było niepokojące, to fakt, że gotowość bojową nr 1 mieliśmy osiągnąć z jednoczesnym przygotowaniem rakiet do startu. Oficer naprowadzania kończył właśnie kontrolę funkcjonowania, operatorzy ręcznego śledzenia byli na miejscu. Stacja P-18 i wysokościomierz PRW-13 rozpoczynał wydawać sytuację powietrzną na wskaźniki. Sprzęt sprawny, oficer baterii startowej meldowali także o gotowości do działań bojowych. Złożyłem meldunek o osiągnięciu gotowości bojowej Dowódcy PłSD. Inne dywizjony dyżurne także meldowali osiągnięcie gotowości bojowej nr 1. Po chwili pada rozkaz rozpoznania sytuacji powietrznej na azymucie 0.
Na wskaźnikach pojawia się znacznik pojedynczego celu powietrznego, prędkość celu wskazuje na jeden typ samolotu … SR-71. Walił parametrem zerowym prosto na dywizjon z rejonu Morza Bałtyckiego. Był jeszcze na wodach terytorialnych, do granicy dzieliły go dosłownie sekundy. Meldunek na PłSD o wykryciu celu i jego parametrach. Napięcie wzrosło do zenitu. Pełna koncentracja obsług grupy dyżurnej. Stacja naprowadzania rakiet (SNR) przechwyciła cel, operatorzy ręcznego śledzenia meldują o przechwyceniu celu. Wyrzutnie rakiet i SNR zsynchronizowane. Analiza sytuacji powietrznej w połączeniu z możliwościami bojowymi jest jednoznaczna. Cel powietrzny na granicy rubieży postawienia zadania bojowego. Jeżeli nie padnie komendy do ostrzelania celu za parę sekund, nie będzie możliwości ostrzelania celu na kursie spotkaniowym. Na kursie oddalającym celu, przy jego prędkości, zestaw rakietowy nie mógł ostrzelać celu. Po chwili, tuż przed granicą wód terytorialnych, cel zmienia kurs. Z głośnika dowódcy PłSD pada komenda do przejścia do gotowości bojowej nr 2. SR-71 wykonał zadanie. Uaktywnił dyżurne środki bojowe OPK. Dokonał stosownych namiarów w ramach rozpoznania radioelektronicznego i z respektem oddalił się od granic powietrznych Polski. Okazany nam respekt, był dla nas satysfakcjonujący, w tej „cichej wojnie”. Nie wydałem komendy do przejścia do gotowości bojowej nr 2. Poleciłem śledzić dalej cel na kursie oddalającym i na moment udałem się dach schronu. Widok był imponujący, wyrzutnie z rakietami posłusznie nadążały za antenami SNR, takie widoki widziałem tylko na poligonie w Aszułuku ( w byłym ZSRR). Po ogłoszeniu gotowości bojowej nr 2, długo analizowaliśmy zaistniałą sytuację. Docierało do nas, że to nie rutynowy dyżur, że błąd pilota SR-71 powodujący przekroczenie granic wód terytorialnych mógł wyzwolić decyzję o jego ostrzelaniu przez dywizjony rakietowe. Tym bardziej, że pary dyżurne lotnictwa myśliwskiego w tym przypadku nie miały wielkich szans na skłonienie SR-71 do zmiany kursu. Do podjęcia walki powietrznej z SR-71 były zdolne tylko pary dyżurne MiG-25, stacjonujące w bazach radzieckich na terytorium Polski. O podobnej akcji z udziałem pary dyżurnej MiG-25 opowiadał mi mój pomocnik szefa sztabu, por. Zbigniew Żołna. Otarliśmy się o konflikt międzynarodowy. Granica między wojną a pokojem była wystawiona na kolejną próbę. Tym razem pomyślną dla uczestniczącej w niej stron.
Dyżury bojowe w dywizjonach bywały czasami bardzo uciążliwe. Choroba lub nieobecność służbowa kadry posiadającej uprawnienia do pełnienia dyżurów bojowych kończyła się smutno dla tych co jeszcze mogli pełnić dyżury. Raz, w okresie urlopowym, pełniłem dyżur bojowy bez zmienników przez dwa tygodnie. Po tygodniu funkcjonowało się jak maszyna. Zmęczenie, ciągłe napięcie psychiczne i oczekiwanie na sygnał alarmu był bardzo frustrujący. Do tego należało wykonywać bieżące obowiązki służbowe szefa sztabu. Było ich sporo. Krążyło powiedzenie, że przed wojną dowódca jednostki wojskowej jeździł na koniu, a po wojnie na szefie sztabu. Coś prawdy w tym było.
3. Strzelania bojowe na poligonie w Aszułuku.
Jak wcześniej wspomniałem, głównym zadaniem szkoleniowym 37 da OPK w roku 1981roku, były strzelania bojowe na poligonie w byłym ZSRR. O przygotowaniach logistycznych, trasie i atmosferze panującej podczas podróży i na samym poligonie, wspominam w części opisującej moją służbę w 38 da OPK. Tym razem byłem szefem sztabu dywizjonu rakietowego i przygotowania do poligonu jawiły mi się z całkiem innej perspektywy.
Przygotowanie kadry i żołnierzy do poligonu trwało od początku roku kalendarzowego. W oparciu o opracowany harmonogram, prowadzono cykl wykładów z przedmiotów podlegających egzaminom podczas dopuszczenia do poligonu przez komisje 26 BA OPK, 2 KOP i Szefostwo WR WOPK. Szeroko stosowano metodę samokształcenia oficerów i chorążych. Z treningami pracy bojowej nie mieliśmy problemów. W dywizjonie na stałe stacjonował imitator celów powietrznych „AKKORD”. Bateria techniczna (za wyjątkiem plutonu RSKP) nie brała udziału w przygotowaniach. Tradycyjnie, rola przygotowania rakiet do strzelań przypadła 38 da OPK.
Kolejnym etapem przygotowania poligonowego, było zgrupowanie poligonowe dywizjonów przygotowywanych do strzelań i grupy bojowej sztabu 26 BA OPK na lotnisku w Płotach. Etap ten poprzedzała ostateczna akcja uzupełnień etatowych na stanowiskach newralgicznych dla pracy bojowej. Był to poważny problem. Nie zawsze dywizjony posiadały doświadczonych inżynierów i techników sprzętu bojowego. Rotacja kadry w dywizjonach była w tamtych czasach dość spora. Z jakiegoś sprawozdania pamiętam, że w ciągu dwóch lat w dywizjonie nastąpiło 40 zmian kadrowych na stanowiskach służbowych. Na początku 1984 roku dowódca który posiadał czterdziestu żołnierzy zawodowych w dywizjonie, miał powody do zadowolenia.
Zgrupowanie dywizjonów na poligonie przy lotnisku miało trzy cele:
- możliwość treningu pracy bojowej w zwalczaniu realnych celów niskolecących. Cele pozorowały samoloty wykonujące rutynowe szkolenia lub specjalnie zamawiano naloty na pozycje ćwiczących dywizjonów;
- możliwość zgrywania dywizjonów i sztabu BA OPK w odpieraniu nalotu według zadań poligonowych symulowanych za pomocą urządzeń „AKKORD”;
- zapewnienie i wydłużenie czasu szkolenia kadry i żołnierzy służby zasadniczej. Wyprowadzenie sprzętu i ludzi z miejsca stałej dyslokacji pozwalało na efektywne wykorzystanie czasu na szkolenie bojowe.
Brałem w tym szkoleniu udział po raz pierwszy i może dlatego na niektóre problemy związane z organizacją zgrupowania patrzyłem trochę inaczej niż wieloletni, doświadczeni rakietowcy. To co mnie szokowało, to skupienie na około 1 km2 trzech stacji naprowadzania rakiet S-75W, trzech stacji wstępnego poszukiwania P-18 i trzech wysokościomierzy PRW-13. Na moją uwagę o bezpieczeństwo obsług, usłyszałem radę, by w czasie pracy bojowej przebywać w kabinach. Kabiny skutecznie ekranują mikrofale. Ktoś opowiadał o eksperymencie ze świetlówką. Podczas nocnego treningu, po wyjściu z kabiny, trzymana w ręku świetlówka… świeciła.
Podobne zgrupowania odbywały się każdego roku. Organizowano je w ramach treningu w zwalczaniu celów powietrznych na małych wysokościach i celów manewrujących Cruise pozorowanych przez samoloty „Iskra”. Obok stanowisk bojowych rozwinięte były pola namiotowe. Obsługi trenowały na zmiany także w nocy. Tych co spali, na pewno nie chroniło płótno namiotów. Słyszałem, że zawiązało się stowarzyszenie byłych żołnierzy zawodowych którzy mają problemy zdrowotne spowodowane długotrwałym przebywaniem w zasięgu mikrofal.
Wracając do szkolenia, należy przyznać, że było intensywne i przynosiło oczekiwane efekty. Po przeglądzie sprzętu, dywizjony prowadziły indywidualne treningi pracy bojowej, naukę własną i na koniec, przed obiadem, jeden do dwóch treningów zgrywających na szczeblu dowódcy BA OPK. Po obiedzie, dalsze treningi indywidualne dywizjonów lub prace profilaktyczne na sprzęcie i nauka własna. Jeżeli pułk lotniczy miał w planie loty dzienne lub nocne, wykorzystywano je intensywnie do treningów obsług dywizjonów rakietowych.
Najważniejszym elementem szkolenia były jednak treningi strzelań dywizjonów do tarcz powietrznych przy scentralizowanym dowodzeniu działaniami bojowymi. Zadania jakie miały być wykonywane na poligonie, znane były doskonale. Parametry lotu tarcz powietrznych RM-205 i Ła-17MM znane były także doskonale. Oficerowie w symulatorach nalotu „AKKORD” doskonale zaplanowali sekunda po sekundzie lot każdej z tarcz powietrznych.
Trenowaliśmy do znudzenia przeznaczone dla nas zadanie, strzelanie do tarczy powietrznej RM-205. Do dnia dzisiejszego pamiętam parametry przy których powinna SNR „zobaczyć” tarczę, azymut 88° i wysokość 20 000 m. Zadanie było trudne. Tarcza powietrzna do złudzenia przypominała rakietę zestawu rakietowego „Dwina”. Posiadała bardzo małą powierzchnię odbicia dla fal elektromagnetycznych śledzących ją środków rozpoznania i SNR. Po starcie, wznosiła się na wysokość około 20 000 metrów w odległość około 15-20 km od punktu startu. Parametry te osiągała po około 60 sekund od startu. Prędkość lotu tarczy powietrznej wynosiła około 1200 m/s. Dalszy lot trwał około 80-90 sekund na odległość około 110 km (stanowiska ogniowe dywizjonów były w odległości 100-115 km od punktu startu tarcz powietrznych). Prędkość tarczy powietrznej w chwili spotkania jej z rakietą, wahała się w granicach 600-700 m/s. Pułap lotu zmniejszał się do około16-17 km. Charakterystyczne było to, że znając współrzędne startu tarczy powietrznej, oficerowie naprowadzania byli wstanie śledzić tarczę na pierwszym odcinku jej lotu za pomocą reżimu pracy SNR „wąska wiązka”. Podczas przechodzenia tarczy na drugi etap lotu z wysokości 20 000 m, powierzchnia odbicia elektromagnetycznego gwałtownie malała (praktycznie do kalibru tarczy). Najczęściej „gubiono” tarcze i rozpoczynało się jej ponowne poszukiwanie w reżimie pracy SNR „szeroka wiązka”. Po ponownym wykryciu tarczy pozostawały dosłownie sekundy na wykonanie zadania bojowego.
Do tych 140 sekund przygotowywaliśmy się miesiącami. Znów jako nowicjusz, miałem wątpliwości co do sensu tego rodzaju szkolenia. Gdzieś kołatała się myśl, co by było, gdyby tarcza powietrzna została wystrzelona z innego azymutu ? Co by było, gdyby tarcza zmieniła niespodziewanie pułap lotu lub została wystrzelona na innej odległości od stanowisk ogniowych dywizjonu. Czy obsługi zdołałyby zmienić swoje wyuczone schematy działań ? Czy dowódcy podejmowaliby samodzielne decyzje ? Mam pewne wątpliwości. Tym bardziej, że pamiętam jak zareagowano na podjęcie samodzielnej decyzji o ostrzelaniu celu na małej wysokości serią trzech rakiet przez dowódcę 38 da OPK mjr Wacława Marca. Oceny analityków z przebiegów lokalnych konfliktów zbrojnych w owych czasach, utwierdzały mnie w moich poglądach. Z drugiej strony, ogromna presja przełożonych WOPK i KOP OPK wymuszała na dowódcach Brygad wykonanie zadań na oceny bardzo dobrze. Strzelania bojowe były ukoronowaniem rocznego cyklu szkolenia w Wojskach Rakietowych. Wyścig o setne ocen między Brygadami trwał od początku ich istnienia.
Podczas treningów pracy bojowej jawił mi się jeszcze jeden problem. Podczas odpierania symulowanych nalotów nie zawsze brano pod uwagę czasu niezbędnego na załadowanie wyrzutni nowymi rakietami, czasu niezbędnego na przygotowanie kolejnych rakiet na wyrzutniach do strzelań i na koniec, zdolności baterii technicznej w procesie elaboracji rakiet. Nawet przy założeniu, że wszystkie rakiety zostały poddane elaboracji, wiadomym było, że są one w rejonach rozśrodkowania. Czasami, podczas 10-cio minutowego nalotu, dywizjon „odpalał” dwie jednostki ognia rakiet. Realnie byłoby to niemożliwe. Po analizie nalotu Izraela na syryjskie stanowiska obrony przeciwlotniczej w Dolinie Bekaa 9 czerwca 1982 roku, widać było jak skutecznie wykorzystano czas niezbędny na przeładowanie wyrzutni rakiet do wykonania bezkarnego nalotu na SNR i wyrzutnie rakiet.
O godzinie 8.30 wystartowały trzy grupy bezpilotowych samolotów-robotów. Syryjczycy myśląc, że rozpoczął się zmasowany nalot na ich pozycje, uruchomili wszelkie możliwe środki radiolokacyjne co umożliwiło ich natychmiastowe namierzenie przez środki walki radiolokacyjnej i skuteczne zakłócanie. Po pierwszym masowym odpaleniu rakiet do domniemanych celów powietrznych, do akcji wkroczyło lotnictwo Izraela, niszcząc stanowiska ogniowe obrony powietrznej jeszcze przed załadowaniem kolejnych rakiet. Po owych wydarzeniach, pojawiły się zalecenia co do urealnienia szkolenia. Czy było to możliwe z punktu widzenia technicznego ? Tak. Wyrzutnie rakiet posiadały imitatory rakiet. Po ich podłączeniu, można było prowadzić pracę bojową z pełnymi cyklami czynności realizowanymi przez obsługi baterii startowej. Pojawiała się wtedy konieczność analizy wchodzenia wyrzutni w strefy zakazu startu, przejścia wyrzutni po starcie rakiety na kąty ładowania, osiągnięcie przez rakiety gotowości do startu po załadowaniu i zsynchronizowaniu się wyrzutni z SNR.
W praktyce jednak, przypominam sobie tylko jeden trening pracy bojowej z użyciem imitatorów rakiet. Przyczyną takiego stanu rzeczy były dość uciążliwe przygotowania logistyczne. W trakcie pełnienia dyżurów bojowych nie było mowy o rozładowaniu wszystkich sześciu wyrzutni. W przerwach między dyżurami wykonywano obsługi techniczne i nadganiano zaległości w szkoleniu ogólnowojskowym, nie mówiąc już o takich prozaicznych zadaniach jak rozładunki transportu koksu czy prace na gospodarstwie rolnym. Natomiast intensywnie intensywnie trenowaliśmy epizody taktyczne uwzględniające doświadczenia z Wietnamu i wojen lokalnych, które można było generować z aparatury „AKKORD”. Do nich należało, między innymi, ćwiczenie obsług w warunkach stosowania przez nieprzyjaciela rakiet przeciwradiolokacyjnych. Zastosowanie telewizyjnych systemów naprowadzania rakiet i bomb lotniczych wprowadziło kolejne próby przeciwdziałania. Do nich zaliczam eksperymenty z maskowaniem dywizjonów za pomocą środków generujących dym.
Wracam do tematu zasadniczego. Po kolejnych sprawdzianach i egzaminach dopuszczających do strzelań bojowych, dywizjony były gotowe do wyjazdu na poligon w Aszułuku. Tym razem, w lipcu 1981, wyjazd rozpoczynał się na stacji kolejowej Kołobrzeg. Przejazd na poligon odbył się bez problemów i sensacji. Rutynowo, mieliśmy czas na zwiedzanie Moskwy. Tym razem, miałem w Moskwie czas dla siebie i wycieczki po mieście realizowałem według własnych planów. Po przebyciu kolejnego etapu jazdy, Moskwa – Aszułuk, rozpoczęły się przygotowania do strzelań.
Podstawowym problemem, jak zwykle zresztą, było przygotowanie techniki bojowej do strzelań. Strzelania bojowe realizowane były na sprzęcie udostępnianym przez komendę poligonu. Sprzęt był intensywnie eksploatowany przez wszystkie kraje na wyposażeniu których były zestawy rakietowe S-75. Podczas naszego pobytu były na poligonie obsługi dywizjonów rakietowych S-75 z Indii. Po bagażach jakie ciągnęli za sobą podczas wyjazdu z poligonu, można było wnioskować, że nie tylko w Polsce w tym okresie był poważny kryzys gospodarczy. Sporadyczne kontakty z oficerami z Indii miały charakter kurtuazyjny i dość sympatyczny.
W dniu strzelań bojowych, atmosfera była napięta. Wyjechaliśmy na stanowiska bojowe dość wcześnie rano. W tym dniu strzelały także dywizjony rakietowe z Indii i byłego ZSRR. Od godziny 7.00 poligon był zamknięty dla transportu ze względu na procedury bezpieczeństwa. Zgodnie z decyzją dowódcy Brygady, płk Michała Konkowskiego, mieliśmy trenować wykrywanie tarcz powietrznych podczas strzelań wykonywanych przed nami przez inne nacje. W kabinie dowodzenia nagle zrobił się straszliwy tłok. Na to nie byłem przygotowany. Podczas treningów, zgodnie z zasadami prowadzenia pracy bojowej, na stanowiskach był dowódca dywizjonu, szef sztabu, oficer naprowadzania, oficer baterii startowej, trzech operatorów ręcznego śledzenia i planszecista. Tym czasem, podczas strzelań bojowych, dodatkowo pojawił się rozjemca z obsługi poligonu, rozjemcy z ramienia dowódcy Brygady, 2 KOP i WOPK. Tłok utrudniał koncentrację dowódcy dywizjonu. Jeżeli dodamy do tego płynące ze wszystkich stron dobre rady rozjemców, atmosfera stawała się nie do pozazdroszczenia.
W końcu rozpoczął się pierwszy etap ćwiczenia, odpieranie zmasowanego nalotu symulowanego przez lotnictwo myśliwskie. Był to etap oceniany lecz tak naprawdę każdy czekał na zasadniczą część ćwiczenia, strzelania bojowego do tarcz powietrznych. Po odejściu lotnictwa myśliwskiego na bezpieczne odległości od poligonu, rozpoczęły się starty tarcz powietrznych. Każdy start tarczy powietrznej był przechwytywany na wskazanym azymucie bezbłędnie. Gorzej było na drugim etapie lotu tarcz. Nie zawsze na czas udawało się ponownie przechwycić tarczę powietrzną po przejściu jej na pasywny odcinek lotu w kierunku stanowisk ogniowych.
W pewnym momencie powstało zamieszanie. Kolejna tarcza została wystrzelona i … powstała wątpliwość czy aby nie jest to tarcza przeznaczona dla naszego dywizjonu. Pada komenda dowódcy Brygady do ostrzelania tarczy. Rozjemca poligonu twierdzi, że nie jest to tarcza dla naszego dywizjonu. Na wszelki wypadek mjr Zygmunt Kunkel podejmuje decyzję o prowadzeniu celu. Jest przekonany, że to tarcza dla niego. Jesteśmy gotowi do startu rakiety. Rozjemca trzyma za rękę oficera naprowadzania, nie pozwala mu zbliżyć ręki do przycisku „Start”. Tarcza jest w strefie ognia dywizjonu, zdecydowana komenda mjr Zygmunta Kunkela do otworzenia ognia studzi rozjemcę. Oficer naprowadzania naciska przycisk „Start” i za chwilę głuchy i przeciągły huk silnika startowego informuje o zejściu rakiety z wyrzutni. W kabinie cisza i skupienie. Obserwacja wskaźników i aparatury potwierdza wejście rakiety w reżim naprowadzania. Rakieta mknie do tarczy. Obserwuję dwa znaczniki elektroniczne tarczy i rakiety na monitorach oficera naprowadzania, dynamicznie zbliżają się do siebie. Jest potwierdzenie o pracy radiozapalnika rakiety. Radiozapalnik wydał komendę na zainicjowanie ładunku wybuchowego rakiety. Nagle znaczniki na monitorach łączą się i na moment pojawia się jeden większy znacznik, prędkość celu gwałtownie zmalała. Tak, rakieta dopadła cel ! Meldunek oficera naprowadzania „Cel zniszczony, azymut … odległość …”. Meldunek dowódcy dywizjonu o zniszczeniu celu do dowódcy Brygady. Rozjemca poligonu potwierdza meldunki. Gromkie „Hura !!!” rozbrzmiewa na wszystkich kabinach zestawu. Nawzajem składamy sobie gratulacje. Zadanie wykonane. Z podniesioną głową możemy wracać do domu, do Polski.
4. Specjalność 37 da OPK – manewr zestawu rakietowego.
Z racji swojego położenia w ugrupowaniu bojowym 26 BA OPK, 37 da OPK był przysłowiowym “chłopcem do bicia” jeżeli chodzi o realizację przedsięwzięcia typu manewr dywizjonu na zapasowe stanowisko ogniowe. Podczas każdej kontroli 26 BA OPK, typowano właśnie 37 da OP do tej roboty. Sprzyjały ku temu takie okoliczności jak bliskość lotniska w Płotach, w miarę dobre warunki na trasach marszu i brak problemów z zabezpieczeniem logistycznym w rejonie zapasowego stanowiska ogniowego na jakie, podczas takich sprawdzianów, wyznaczano nam lotnisko w Płotach. No i oczywiście doświadczone w realizacji manewru obsługi dywizjonu. Należy zaznaczyć, że dywizjon posiadał 100% środków ciągu, co nie było zawsze normą w innych dywizjonach.
Wnioski z lokalnych wojen były jednoznaczne, tylko dywizjon manewrowy był w stanie prowadzić skutecznie działalność bojową. Czy zestaw S-75 posiadał zadowalające możliwości manewrowe ? Odpowiedź brzmi, nie. Czas przejścia dywizjonu z położenia bojowego z SO w schronach w położenie marszowe wynosił 7 godzin. Przejście z położenia marszowego w położenie bojowe w warunkach polowych 6 godzin. Dodajmy czas marszu, powiedzmy, 2 godziny i sumaryczny czas na zmianę SO wynosi 15 godzin. Na ówczesnym polu walki nie były to normy do przyjęcia. W tej sytuacji sztaby kładły duży nacisk na treningi obsług w wykonywaniu manewru i elaborację rakiet w warunkach polowych. Gdy miano przetrenować jakąś koncepcję taktyczną związaną z przegrupowaniem dywizjonów, wiadomo było, że 37 da OPK ruszy do boju. Ostatni manewr jaki pamiętam, był realizowany jako pokaz dla szefa pionu zaopatrzenia i techniki. Nazwiska nie pamiętam, obserwator był w stopniu gen. bryg. i wcześniej służył w Wojskach Radiotechnicznych OPK.
Problemy związane z organizacją manewru nie dawały spokoju dowódcy dywizjonu. Był jeden problem, jak wykonać zadanie, dysponując ograniczonymi środkami ciągu, co było normą w innych dywizjonach. Dowódca (ppłk Edward Kornicki) zaproponował wykonanie eksperymentu, polegającego na wykonaniu przegrupowania metodą “potokową” na odległość 7-10 km, mając do dyspozycji 4 ciągniki Kraz-255. Polegało to na tym, że po zwinięciu np. kabiny UW natychmiast wysyłano była w rejon nowego SO. Nie formowano kolumny marszowej całego dywizjonu, jak to było przyjęte w metodykach szkolenia. W eksperymencie wzięła udział cała bateria radiotechniczna i trzy wyrzutnie z baterii startowej. Obserwatorem eksperymentu był płk Zdzisław Tołoczko z Szefostwa WRiA 2 KOP. Należy podkreślić, że obsługi dywizjonu były dobrze przygotowane do tego typu zadań. Osiągnięty czas przegrupowania, licząc od komendy do przejścia w położenie marszowe do meldunku o osiągnięciu gotowości bojowej nr 1 na nowym stanowisku ogniowym, był imponujący. Wynosił około 4 godzin. W tym czasie dodatkowo zrealizowano przedsięwzięcia związane z dowiązaniem topograficznym kabiny sprzężenia systemu automatycznego dowodzenia Wektor-2WE. Stacja naprowadzania rakiet z powodzeniem automatycznie odpracowywała wskazania do celów powietrznych wydawane z PłSD 26 BA OPK.
Po tym eksperymencie, ppłk Edward Kornicki i kadra dywizjonu zebrała gratulacje, nagrody i… dalej było po staremu. Nie słyszałem nigdy, aby te doświadczenia usiłowano wdrożyć w innych dywizjonach.
5. Stan wojenny.
Po powrocie do Polski, wracamy do normalnego rytmu szkolenia. Sytuacja społeczno-polityczna i gospodarcza staje się coraz bardziej napięta. 1 sierpnia 1981 roku o około 15-20 % obniżono normy kartkowe na mięso i jego przetwory oraz wprowadzono kartki na proszek do prania. Wspomnę tylko dla porządku, że 1 kwietnia 1981 roku wprowadzono reglamentację mięsa, wędlin i cukru. W maju wprowadzono kartki na masło, mąkę, kaszę i ryż. Muszę przyznać, że dzięki operatywnemu działaniu służb kwatermistrzowskich, problemy z zaopatrzeniem na normy „kartkowe”, zwłaszcza mięsa i wędlin, były w sposób rozsądny rozwiązane poprzez wojskową kantynę. Raz w tygodniu, zgłaszało się w kantynie zapotrzebowanie, w ramach dysponowanych „kartek”, na mięso i wędliny. Zamawiany towar był paczkowany i pod koniec dnia pracy odbierany z kantyny. Poza tym udogodnieniem, nie trzeba było stać w kolejkach za mięsem i wędliną, do lamusa należy odesłać legendy o rzekomych opływających w dostatkach kantynach wojskowych. Zaopatrzenie żołnierzy służby zasadniczej także było na normalnym poziomie. W dużej mierze zależało ono od operatywności zaopatrzeniowców i szefa służby żywnościowej. W tej materii, dużą inicjatywę wykazywał sierż. Piotr Buczek i mjr Wiktor Schmidt. Wojsko w owym czasie ratowało się także prowadzeniem własnych gospodarstw rolnych. Uprawiano warzywne ogródki przykuchenne, uprawy polowe, hodowle świń i owiec.
To co się działo w Polsce w zakresie zmian społeczno-politycznych, nie miało bezpośredniego przełożenia na miasto Nowogard w którym mieszkała kadra zawodowa dywizjonu. Wynikało to z specyfiki miasta i mało rozwiniętego przemysłu. Miasto borykało się z problemami kryzysu w zaopatrzeniu ludności tak jak wiele miasteczek w Polsce.
Napięta sytuacja polityczna w Polsce budziła niepokój kadry. Na porządku dziennym były stawiane problemy związane z narastającym kryzysem. Byliśmy jedyną jednostką wojskową w mieście. Zdawaliśmy sobie więc sprawę, że w sytuacji kryzysowej, może nastąpić sytuacja, że wojsko może być wykorzystane do działań przeciwko własnemu narodowi. Niepokój budziły także przypadki (sporadyczne) szykanowania kadry zawodowej i ich rodzin. Na pytanie, czy wojsko było gotowe do podjęcia działań w obliczu narastającego kryzysu społeczno-politycznego, należy odpowiedzieć, że tak. Dlaczego ? Bo taka jest natura wojska. Wtedy i dzisiaj, każda jednostka wojskowa ma plany osiągania wyższych stanów gotowości bojowej. Oczywiście, w 1981 roku, specyfika wydarzeń obligowała do uzgodnień ewentualnych działań w mieście z Milicją Obywatelską, ciągłego rozpoznawania nastrojów społecznych i zapewnienia bezpieczeństwa rodzin żołnierzy zawodowych.
Nastroje kadry były odbiciem bieżącej sytuacji sytuacji w Polsce. Jasne było, że zbliża się nieuchronnie starcie dwóch sił politycznych, broniących starego porządku skupionych wokół gremiów kierowniczych PZPR i szeroki ruch społeczny skupiony w NSZZ „Solidarność”. To były czasy, w których kadra zawodowa pomału zaczynała wyrabiać sobie własne stanowisko co do ocen bieżącej sytuacji w Polsce. Propaganda aparatu politycznego nie trafiała już na podatny grunt. Coraz głośniej rozmawiano o konieczności wprowadzenia apolityczności w wojsku. Duże obawy kadry pojawiły się w związku z sondażami na temat ewentualnej „bratniej pomocy” państw Układu Warszawskiego. Większość kadry miała stanowisko jednoznaczne, „drugiej Czechosłowacji nie będzie !”. Jakoś nie wyobrażaliśmy sobie, że przyjedzie do dywizjonu grupa oficerów rosyjskich i pokornie przekażemy dowodzenie i sprzęt bojowy. Jestem przekonany, że te nastroje były znane w Warszawie i nie tylko.
W grudniu 1981 roku dostałem przydział osobnej kwatery stałej w bloku mieszkalnym na Wiejskiej. W piątek, 11 grudnia zorganizowałem przeprowadzkę. Na nowym mieszkaniu, po przeprowadzce, panował jeden wielki bałagan. Wieczorem przygotowałem prowizorycznie miejsca do spania dla rodziny. W sobotę rano miałem w planie przyjęcie dyżuru bojowego. Dalsze urządzanie mieszkania planowałem w niedzielę 13 grudnia, po zdaniu dyżuru. Niestety plany moje „spaliły na panewce”. Dyżur bojowy przyjąłem bez jakiś specjalnych problemów.
